Wystawa stała Muzeum Narodowego w Warszawie recenzja

Wydaje mi się, że przeciętny warszawiak, w czasie swego dorastania zawsze trafia do Muzeum Narodowego. Czy to podczas wycieczki szkolnej, czy z rodzicami w ramach ukulturalnienia się. Muzeum Narodowe w Warszawie czeka na nas zawsze. Od wtorku do niedzieli, jak przyzwoita państwowa instytucja.

„Narodówka” gości zwiedzających – wydawało by się – od zawsze. Chodzili do tego muzeum moi rodzice, w latach 90. ja sam, oraz podczas moich niedawnych wizyt w tym miejscu, okazało się, że nowe pokolenia również się tam pojawiają i wszyscy odwiedzamy dokładnie te same korytarze…

Przykro mi to stwierdzić, ale przynajmniej przez dziesięć lat mojego życia, stała ekspozycja Muzeum Narodowego, przeżywa zastój, na tyle mocny, że nie mogłem odczuć żadnej zmiany ku lepszemu czy gorszemu. Zwiedzając to muzeum, człowiek cofa się w czasie, do PRL-u, czyli do okresu jego powstania jego image.

Zdaję sobie sprawę, że niełatwo jest być dyrektorem takiej instytucji czy zajmować się muzealnictwem, oraz że w naturze ekspozycji stałej, jest to, że nie zmienia się w sposób zasadniczy, ale możliwe jest, że ludzie dziś starzy, w młodości słyszeli te same skrzypienie drewnianych podłóg w salach i korytarzach, co ja krótki czas temu. Sam fakt, że jako student, mogę doświadczyć tego samego klimatu, co jako uczeń klasy podstawowej, wydaje mi się osobliwy. Co innego tyczy się oświetlenia. Nie mogłem jako młodziak narzekać na oświetlenie, bo miałem zdrowsze oczy. Teraz niestety, podczas oglądania obrazów z XIX wieku, takich jak Luwr w nocy Gierymskiego czy innego dzieła o ciemnych kolorach, nic nie widzę. Lampy zawieszone pod sufitem odbijają się na płaskiej powierzchni zaschniętej farby pokrytej werniksem, uniemożliwiając mi zobaczenie całości obrazu.

Jak na placówkę z laboratorium i dobrym zapleczem naukowym, ciężko w Muzeum Narodowym zdobyć informację dotyczących dzieł. Tabliczki z tytułami obrazów, nazwiskami autorów, są często ściśnięte między eksponatami, a ich przypisanie konkretnemu dziełu często okazywało się trudne. Nie sposób nie wspomnieć o małej szczodrości opisów prac na owych tabliczkach. Niewiele jest w muzeum pdzieł malarskich, które posiadałyby szerszy opis. Oczywiście słynna Bitwa pod Grunwaldem jest jednym z wyjątków, ale inne dzieła z kanonu historii sztuki, takie jak Dziwny ogród Józefa Mehoffera, też powinny mieć bardziej wyczerpującą deskrypcję. To samo tyczy się eksponatów z serii „Interwencje”. Porozrzucane losowo po hollach i salach przedmioty z innych muzeów nie były wyposażone w żadne, nawet istotniejsze wzmianki o ich twórcach czy miejscu pochodzenia (prócz informacji z jakiego muzeum zostały „pożyczone”). Tak oto orientalna rzeźba obok Matejki, mimo że mnie zaciekawiła, nic nie wniosła, bo nic się o niej nie dowiedziałem. Inne „Interwencje” jedynie wprowadzały zamęt – fotografie wiszące obok malarstwa niderlandzkiego, plastikowe krzesło naprzeciw średniowiecznego ołtarza…

Nazwy sal, podobnie jak i opisy malowideł, są mało inwazyjne. Często nie jest się świadomym, w jakim pomieszczeniu się aktualnie znajduje. Pisząc te słowa nie jestem nawet pewien jak wyglądają napisy nad drzwiami sal. Oczywiście, można się domyślić jaka „epoka dominuje” w danym pomieszczeniu, ale brakowało mi tytułów nad wrotami każdej z sekcji „inicjujących” mnie, do coraz to innych odcinków historyczno-geograficznych.

Dziwne jest, że eksponaty w tymże muzeum, są ustawiane ciasno obok siebie, podczas gdy wiele sal w tymże budynku są zaplombowane i niedostępne zwiedzającym. W niektórych działach widywałem obrazy poupychane, na schodach prowadzących do zamkniętych drzwi – ślepego zaułka. Jestem pewien, że instytucja posiada wiele dzieł, które można by było wystawić w zapieczętowanych salach po ich otwarciu, a obecne poupychane obok siebie płótna przemieścić, bez wrażenia pustki na ścianach (gorzej z wyblakłymi śladami, jakie po sobie pozostawią, po latach wiszenia w jednym miejscu).[strona_podzial]
W Muzeum Narodowym w Warszawie mamy dobre zbiory, do których należałoby dodać godne eksponatów otoczenie. Zbiór sztuki mediewalnej wśród swoich eksponatów ma wspaniałe rzeźby gotyckie, tryptyki, poliptyki, ciekawe tempery na desce, wspaniałą rzeźbioną drogę krzyżową, z postaciami z ludzkimi włosami (i szkoda, że tylko dwoma witrażami). W dziale wieku XVI-XVII wiszą ciekawe dzieła takie, jak Uczynki miłosierdzia Chrześcijańskiego Pietera Aertsena czy niderlandzki Theodor Rombouts –  Gra w karty, albo mistrz barokowy Anton Van Dyck Głowa świętego Hieronima. Obok nich wymienię Van Herpa Scenę towarzyską, Govaerta Flincka Portret mężczyzny na tle pejzażu, Starca Jana Livensa, Aptekarzy Conelisa de Mana. Z innych epok ciekawe są Widok Ujazdowa Canaletta i Pałac w Łazienkach latem Zauskiego. Jest nawet małe pomieszczenie z pastelami Wyspiańskiego, niestety najlepsze jego prace zostały w Krakowie.

Dodatkowym plusem Muzeum Narodowego w Warszawie jako całości jest to, że organizuje ono ciekawe eventy na terenie samego budynku. Różne wykłady, spotkania odbywają się co niedzielę (co jest dużą i godną pochwały częstotliwością) – jak na przykład „Wszechnica Muzealna – Tryumf muzeów – kryzys muzeów” z Prof. dr hab. Marią Poprzęcką, dyrektorką Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego do 2008 roku. Tego typu spotkania są słabo nagłaśniane, a szkoda, bo reprezentują wysoki poziom intelektualny, reprezentatywny dla tego typu miejsc. Bardziej rozreklamowane, są wystawy czasowe – wystawa plakatu, Doskonałośc Formy – Meble Jana Kurzątkowskiego, Światłoczułe Kolekcje Fotografii czy słynna wystawa malarstwa Alfonsa Muchy.

Dziwne jest, że tyle się dzieje w tym samym budynku, tylko ekspozycja stała zamarła na zawsze, bez możliwości przejścia nawet remontu skrzypiących podłóg. O ile wyższy poziom osiągnęłaby ta instytucja, gdyby jej korytarze były bardziej reprezentatywne? O ile bardziej na światowym poziomie byłoby to muzeum, gdyby wszystkie wystawy, nie tylko czasowe, byłyby nowocześnie zorganizowane?

Niestety, na to pytanie nieprędko poznam odpowiedź. Dyrekcja Muzeum Narodowego w Warszawie nie planuje odnawiać wizerunku swojej stałej ekspozycji. Mimo wszystko wierzę, że gdyby taki dzień nadszedł – wyszło by to muzeum na dobre.

Autor tekstu: Jacek Zaliwski

jesteśmy częścią StacjaKultura.pl a sponsoruje nas laptopy poleasingowe Kraków

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *